Bieszczady 2007

luty 1, 2009 - Leave a Response

Czasoprzestrzeń wyprawy

czasoprzestrzen-wyprawy-zdjecie-1

Podróż to zjawisko, które ma wiele twarzy i zawiera w sobie wiele pod- a czasem, (jeśli mogę sobie pozwolić na małą zabawę pojęciami) -nad kategorii. Bywa metaforą – niezwykle trafną – ludzkiego życia – ale też każdego ludzkiego doświadczenia. Jest bohaterką niezliczonej ilości prac naukowych, tekstów literackich, obrazów, rzeźb, utworów muzycznych, gier, opowieści i innych tak zwanych tekstów kultury. Bywa przyjemnością i koniecznością. „Podróż” to słowo, które budzi tyle (zwykle romantycznych, ale nie tylko) skojarzeń, że pisanie o niej w pracy zaliczeniowej, która ze swej natury i czystej przyzwoitości, raczej nie powinna być dłuższa niż dwadzieścia kilka stron, a najlepiej, żeby było ich dziesięć do szesnastu – jest działaniem nie tylko karkołomnym ale również skazanym na porażkę. Dlatego też postanowiłam ograniczyć materiał i skupić się na jednym aspekcie podróży, aspekcie podsuniętym mi przez książkę, która miała za zadanie (i zadanie to wypełniła aż za dobrze) być inspiracją do tej pracy – „Autonautów z kosmostrady” Julio Cortazara i Carol Dunlop. Na wyprawie.
Nie udało mi się nigdzie znaleźć jakiejś „definicji” tego zjawiska. Napisano wiele tekstów o pielgrzymkach czy włóczęgach, niewiele mniej o turystyce, jednak o „wyprawie” jako takiej nie znalazłam właściwie nic. Dlatego też musiałam zdać się na swoje własne wyczucie tematu i sama stworzyć jakieś jej wyróżniki.
Wyprawę rozumiem jako podróż posiadającą cel – czy jest nim, jak w „Autonautach…” przebycie autostrady południowej czy też, jak w trakcie wakacji o których będę pisać, zwiedzenie Bieszczad czy zwyczajne dostanie się na zajęcia na uczelni (co w tym momencie rozwoju naszego wspaniałego miasta bywa wyzwaniem nie mniejszym niż wyprawa w góry). Podróż, którą planujemy i w wyniku której spodziewamy się coś osiągnąć. Podróż zdeterminowaną przez cel, będący jednak celem „świeckim”. Właśnie ta świeckość odróżnia w moim pojęciu wyprawę od pielgrzymki, tak jak celowość odróżnia ją od włóczęgi. Warto też podkreślić, że wyprawę w moim rozumieniu tego słowa podejmuje się z własnej woli.
Wybrałam taki aspekt podróży z kilku powodów. Po pierwsze chciałam zachować jakiś związek z książką, która jest „patronką” tej pracy. Po drugie wyprawa jest najbliższą mi formą podróży. Nigdy nie włóczyłam się bez celu dłużej niż dwie godziny, a jeśli chodzi o pielgrzymki – pierwszą i ostatnią odbyłam w drugiej klasie szkoły podstawowej. Natomiast moje – właściwie powinnam napisać „nasze” – doświadczenia związane z różnego rodzaju wyprawami są dla mnie powodem do dumy.
Napisałam w tytule pracy, że wyprawę będę traktować jako doświadczenie czasoprzestrzenne. Jestem głęboko przekonana, że podział na czas i przestrzeń jest podziałem sztucznym. Pojęcia dotyczące czasu i przestrzeni mieszają się bez przerwy i nie da się wyobrazić sobie jednego bez drugiego. Jak pisze Piotr Kowalski w swej pracy „Odyseje nasze bylejakie”:
„Kategorie czasu i przestrzeni w różnych kulturowych dyskursach pozostają ze sobą w skomplikowanych związkach. Nie tylko w myśli magicznej, ale nawet w strukturach języka i doświadczenia potocznego mogą się wzajemnie wyjaśniać, można ich nawet używać wymiennie…”
Chcę więc przedstawić czasoprzestrzeń wyprawy tak, jak widzi ją jej uczestnik – czyli jako tego uczestnika doświadczenie. Będę się opierać głównie na moich własnych wspomnieniach z wakacji w 2007 roku, w trakcie których wybraliśmy się z grupą znajomych w Bieszczady i na Ukrainę. Wybrałam ten „materiał” głównie ze względu na to, iż było to – jak do tej pory – nasze najpoważniejsze, najbardziej „survivalowe” przedsięwzięcie i najlepiej je wspominam. Pojawią się też wspomnienia z wakacji 2006, w trakcie których miała miejsce podróż do Holandii.
Każda wyprawa zaczyna się od pomysłu. W naszym wypadku był to pomysł na zwiedzenie Bieszczad – krainy, do której mamy z moją przyjaciółką, Kasią, stosunek szczególny, bowiem obozy konne w Polanie nieopodal Ustrzyk Dolnych miały niemały wpływ na nasze losy. W pewnym momencie okazało się jednak, że na obozy jesteśmy już obie „za stare”, jednak wakacje bez choćby tygodnia w Bieszczadach były – przynajmniej dla mnie – nie do przyjęcia. Postanowiłyśmy więc, że wybierzemy się tam same i że będzie to wypad wędrowny – jedna, góra dwie noce w jednym miejscu. Pozostawało znaleźć jakichś ludzi i termin, który by wszystkim uczestnikom wyprawy odpowiadał.
Towarzysze podróży znaleźli się dopiero pod koniec lipca, w okolicznościach dość specyficznych, nie będących jednak częścią opowieści o naszej wyprawie. Ważne, że w połowie sierpnia w godzinach wieczornych wyruszyliśmy pociągiem z Warszawy do Zagórza. O szóstej rano dołączyła do nas w Tarnowie ostatnia towarzyszka, a o jedenastej byliśmy w Zagórzu. Mieliśmy za sobą nieprzespaną noc w pociągu, ze sobą ciężkie plecaki, mapy i plan, który zakładał dużą ilość chodzenia oraz udanie się w przeciągu najbliższych czterech dni na Ukrainę, a przed sobą dwa tygodnie przygody.

czasoprzestrzen-wyprawy-pociag1 Bardzo często w antropologicznych opracowaniach zagadnień czasu i przestrzeni silny nacisk kładzie się na osobisty, subiektywny wymiar tych kategorii. Nie należy jednak moim zdaniem zapominać o tym, że żyjemy w kulturze, w której przez bardzo długi czas obiektywizm był największą z wartości, a obiektywność – potwierdzona mierzalnością – czasu i przestrzeni – są jednymi z fundamentów życia społecznego. Doświadcza się tego zwłaszcza w podróży – nieważne bowiem czy czas płynął przed nią szybko czy wolno, podróżując trzeba się dostosować do nieugiętego, obiektywnego rozkładu jazdy. W każdej wyprawie należy rozplanować „punkty programu” – nawet jeśli są bardzo orientacyjne – tak, żeby zmieścić je w tych kilku tygodniach, które się na wyprawę przeznacza.
Zatem pierwsze doświadczenia podróżnika związane z czasem i przestrzenią nie mają wcale charakteru subiektywnego, wręcz przeciwnie – niejednokrotnie boleśnie przypominają mu o istnieniu „obiektywnej” czasoprzestrzeni, niezależnej od jego postrzegania świata.

czasoprzestrzen-wyprawy-ogniskoJak już pisałam, mieliśmy zamiar – Ja, Kasia, druga Kasia Natalia, Marcin, Krzysiek i Julek, takie bowiem imiona nosili uczestnicy wyprawy – zamiar zwiedzać Bieszczady w trybie, który nazwałabym „nomadycznym” – przemieszczając się z miejsca na miejsce zamiast mieć jedną bazę, z której robilibyśmy wypady. Wpłynęło to bardzo na nasz sposób spędzania dnia.
Zwykle spędzaliśmy w jednym miejscu dwie noce – co oznaczało, że rytm naszej wyprawy wyznaczany był przez następującą, trwającą dwa dni sekwencję: wyprowadzka, podróż, przybycie do celu, wybranie miejsca na nocleg, noc, dzień zwiedzania okolic, noc i znów wyprowadzka. Chciałabym teraz opowiedzieć trochę o tym, jak wpływało to na nasze postrzeganie czasoprzestrzeni.
Opisując cykl naszej wędrówki rozpoczęłam od „wyprowadzki”. Może wydawać się to nieco dziwnym, bo być może logiczniej byłoby zacząć od wybrania miejsca na nocleg. Cóż, kiedy nasza podróż nie rozpoczęła się wybraniem miejsca na nocleg a wyprowadzką z pociągu i wędrówką właśnie.
Myślę, że żadne z nas nie przepadało za tym, co nazywam „wyprowadzkami”, być może ze względu na to, że były poprzedzone okresami „luzu”, kiedy nie trzeba było nic konkretnego robić, kiedy istnieliśmy niejako poza światem – czasoprzestrzeń istniała tylko o tyle o ile mieliśmy ochotę się nią zająć. Wstawaliśmy kiedy chcieliśmy, jedliśmy kiedy chcieliśmy, chodziliśmy tam, gdzie mieliśmy ochotę albo nie chodziliśmy wcale. Początek każdego nowego cyklu wiązał się z bolesnym powrotem do sieci – czasoprzestrzeń musiała zostać nagle i brutalnie sprężona. Porozrzucane po obozie rzeczy wracały do plecaków, zaczynała się liczyć godzina i czas, który pozostał do zachodu słońca. Śniadanie z przyjemnej opcji zamieniało się w pożerającą czas konieczność, a pytania o to która godzina, jak długo będziemy zmierzać do celu i czy zdążymy przed zmrokiem – poprzedniego dnia całkiem abstrakcyjne – zaczynały dominować w naszych umysłach.
Kiedy tylko docieraliśmy do jakiegoś szlaku komunikacyjnego, napięcie opadało. Po pierwszym dniu naszej wyprawy – kiedy to zrobiliśmy piętnaście kilometrów z plecakami nie dając sobie nawet chwili na odetchnięcie po podróży pociągiem – zrezygnowaliśmy ze szczytnej idei „chodzenia” i przemieszczaliśmy się wszystkimi dostępnymi środkami – pieszo, autostopami, autobusami i pociągami, kładąc nacisk głównie na autostop. Z tego względu kiedy tylko docieraliśmy do dróg, które mogły oddalić nas od byłego „miejsca zamieszkania”, pośpiech zamieniał się w swego rodzaju fatalizm. Dzieliliśmy się na grupki (nikt nie weźmie do samochodu pięciu osób z plecakami) i ci z nas, którzy chcieli iść pieszo – a byli tacy – szli, zaś ci, którzy woleli „stopa” zdawali się na los.
Oka czasoprzestrzennej siatki, zaciśnięte rano do granic możliwości, rozluźniały się – przynajmniej z mojej perspektywy. Mieliśmy cel, to prawda, ale dzięki porannemu sprężeniu mieliśmy również pewność, że dotrzemy doń przed zmrokiem… I poczucie, że w tym momencie niewiele już od nas zależy. Łapaniem stopa rządzi przypadek. Niektórzy twierdzą, że można mu pomóc i wybierają odpowiednie miejsca, ale ja uważam, że jeżeli ktoś bierze autostopowiczów to weźmie ich bez względu na to czy stoją przy drodze, która pnie się w górę czy też przy płaskiej.
Oczywiście do totalnego luzu, który panował zawsze po rozbiciu obozu, było nam jeszcze daleko. Mimo wszystko mierzyliśmy czas i po półgodzinie stania w jednym miejscu zaczynaliśmy się denerwować – na szczęście nie zdarzało się to zbyt często.
Istniała również – zawsze istnieje – pewna cicha rywalizacja między różnymi grupami. Przejechanie dużej odległości „jednym stopem” było powodem do dumy, tak samo jak szybkie rzeczonego stopa złapanie. Nadal więc mierzyliśmy kilometry i godziny.
Po południu zjawialiśmy się zwykle na miejscu, to znaczy w jego okolicach i następowało zwiedzanie rzeczonych okolic w celu znalezienia miejsca na nocleg. Było to o tyle interesujące, że, z przyczyn obecnie mi już nie znanych, nie wzięliśmy namiotów – odnoszę wrażenie, iż powodem tego był fakt iż Kasia, nasz niekwestionowany wódz, uznała, że będą za ciężkie (miała zresztą rację) – więc zmuszeni byliśmy budować szałasy… Pod którymi zwykle spały jedynie nasze rzeczy, jako że trafiliśmy w owym roku na dwa tygodnie cudownej pogody.

czasoprzestrzen-wyprawy-home-sweet-homeMimo, że nadal pozostawało sporo rzeczy do zrobienia, mogliśmy już zacząć się odprężać – mieliśmy gdzie spać, nigdzie nam się nie spieszyło, chłopcy musieli tylko ustawić szałas, my ugotować kolację (podział ról był dość tradycyjny, jednak nie żałuję faktu iż nie musiałam uganiać się po lesie w poszukiwaniu odpowiednich kłód, które mogłabym przyciągnąć do obozu) i byliśmy wolni – kiedy już ustanowiliśmy własne miejsce, czasoprzestrzeń znów należała do nas – nie odwrotnie.
Kiedy teraz patrzę na nakreślony przeze mnie schemat – nasuwają mi się dwa skojarzenia, jedno fizyczne a drugie antropologiczne.
Kiedy zaczęłam opisywać cykl naszej wyprawy, użyłam metafory „sprężenia czasoprzestrzeni”. Każdy segment rozpoczynał się dla nas – a przynajmniej dla mnie – właśnie od takiego „sprężenia”, które stopniowo ustępowało by na końcu zostać zastąpione przez totalne „rozprężenie” czy „rozrzedzenie”. Im bardziej odczuwaliśmy obecność „obiektywnej”, niezależnej od nas czasoprzestrzeni, tym bardziej była ona sprężona, im mniej się nią przejmowaliśmy – tym bardziej była rozprężona. Od czego jednak zależało to, jak bardzo przejmowaliśmy się niezależnym od nas upływem czasu i niezmienną ilością kilometrów?
Zastanawiając się nad odpowiedzią na to pytanie sięgnęłam po koncepcję Yi-Fu-Tuana, dotyczącą miejsc i przestrzeni. Za każdym razem kiedy zmuszeni byliśmy niejako „zlikwidować” swoje miejsce, czuliśmy zewnętrzny nacisk, napierającą zewsząd czasoprzestrzeń. Im bardziej jednak zbliżaliśmy się do nowego miejsca, tym bardziej nacisk się zmniejszał, tym bardziej my stawaliśmy się „władcami” czasu i przestrzeni.
Z mojego dotychczasowego opisu można wywnioskować, że nasza wyprawa była właściwie dość monotonna. Dzieje się tak, bo nie opisuję każdego miejsca, jakie widzieliśmy i każdej przygody jaką przeżyliśmy – nie widzę takiej potrzeby. Są jednak dwa miejsca – czy zdarzenia, które dla nas wszystkich pozostają chyba do dziś jednymi z najbardziej charakterystycznych znaków rozpoznawczych naszej Bieszczadzkiej wyprawy. Opowiem o nich w takiej kolejności, w jakiej nam się przytrafiły. Pierwszy był Monastyr.

czasoprzestrzen-wyprawy-monastyr„Przytrafił” nam się podczas naszej kilkudniowej wycieczki po Ukrainie. Tego samego dnia uciekliśmy z Lwowa – gdzie niestety musieliśmy mieszkać w paskudnym hotelu – pokonaliśmy sporą ilość kilometrów autobusem i w okolice granicy z Polską trafiliśmy dość późno. Nie stanowiło to co prawda wielkiego problemu, jako że ukraińskie ziemie były nam przyjazne i bardzo łatwo było tam znaleźć miejsce, które nam odpowiadało, jednak pewna pani w autobusie poradziła nam, byśmy odwiedzili znajdujący się nieopodal miejscowości, w której wysiadaliśmy kościół i poprosili księży o nocleg. Powiedziała, że jest tam stary opuszczony klasztor, w którym moglibyśmy spędzić noc.
Słowa „stary, opuszczony klasztor” pobudziły naszą wyobraźnię. A kiedy dowiedzieliśmy się, że był tam kiedyś szpital dla psychicznie chorych kobiet, postanowiliśmy, że koniecznie musimy tam pójść. Trzeba w końcu coś opowiadać po powrocie, a co może wzbudzić większy podziw w oczach znajomych niż noc w opuszczonym klasztorze będącym jednocześnie opuszczonym szpitalem psychiatrycznym?
Żeby trafić do miejsca przeznaczenia musieliśmy przejść spory kawałek, tak, ze kiedy dotarliśmy do kościoła było już ciemno, więc biedni księża zasadniczo nie mogli nam odmówić. Zaprowadzili nas więc do budynku, zaopatrzyli w materace, szybko oprowadzili po strategicznych punktach, przynieśli świece i zostawili nas samych.
Tu powinna zacząć się opowieść z dreszczykiem. Jednak nie zaczyna się. Nocą klasztor wyglądał jak żywcem wyjęty z horroru, następnego ranka również robił wrażenie (mamy z niego masę zdjęć), ale nic nam się nie stało, spaliśmy jak głazy. Mimo to, jak już wspomniałam jest jednym ze „znaków firmowych” tej wyprawy.
Kiedy wróciliśmy z Ukrainy – a było to mniej więcej po tygodniu od naszego przybycia w Bieszczady – byliśmy zmęczeni ciągłym przemieszczaniem się. Po spędzeniu dnia nad Soliną podjęliśmy więc decyzję o osiedleniu się w jednym miejscu na resztę wyprawy. Wybór nasz padł na jurtę.
Na początku pracy wspomniałam o obozach, na które jeździłyśmy z Kasią wcześniej. Organizator tych obozów – kultowy (nie bójmy się tego słowa) pan Staszek, jest właścicielem ogromnych (naprawdę ogromnych) połaci ziemi w Bieszczadach. Na jednym z należących do siebie szczytów postawił jurtę, którą udostępnia za pewną opłatą ewentualnym chętnym.

czasoprzestrzen-wyprawy-jurtaOstatnie pięć dni naszej wyprawy spędziliśmy więc właśnie tam – siedem kilometrów od najbliższej wioski. Nasze zajęcia polegały głównie na zmaganiu się z widocznym na zdjęciu piecem, w którym udało nam się nawet zrobić ciasto, chodzeniu do sklepu, graniu w różnorakie gry, chodzeniu po okolicznych pagórkach i – póki było nas na to stać – jeżdżeniu konno ze Staszkiem.
Odpowiedź na pytanie dlaczego te miejsca są dla nas takie ważne wydaje się być oczywista – przynajmniej w przypadku jurty. W końcu spędziliśmy w niej masę czasu.
Z drugiej jednak strony można spędzić w jakimś miejscu dużo czasu i nie uważać go za coś specjalnego. Co więc różni jurtę i monastyr od lasu nad Soliną, lasu na Ukrainie czy jakiegokolwiek innego miejsca postoju?
Uważam, że chodzi o to, że oba te miejsca wybijały się bardzo z naszej „niecodziennej codzienności”. Nie musieliśmy ich budować, były tam gdzie były wtedy kiedy ich potrzebowaliśmy, a po obudzeniu się w nich nie musieliśmy wyjmować z włosów trawy. W moich wspomnieniach urosły do rangi swego rodzaju arkadii, tak samo jak lwowski hotel, o którym wspomniałam wcześniej – a który również przecież bardzo różnił się od tego, co serwowaliśmy sobie w trakcie tej podróży „na co dzień” stał się symbolem całego zła, jakie nas spotkało kiedy podróżowaliśmy przez Bieszczady.

Wspomnienie

czasoprzestrzen-wyprawy-bambi1Wyprawy nie kończą się powrotem do domu. Mało tego – pojmowanie czasu i przestrzeni, wartościowanie wydarzeń, uczenie się z nowych doświadczeń – to wszystko dzieje się już po zakończeniu fizycznego aktu przemieszczania się – częściowo w czasie postojów, ale głównie po powrocie do domu.
Tak naprawdę mogę się jedynie domyślać jak odbieraliśmy czas i przestrzeń w trakcie naszej podróży – domyślać na podstawie moich wspomnień, które porządkują, wartościują i wybierają te rzeczy, które są dla mnie najważniejsze. Mało tego – „sakralizacja” jurty i monastyru ponad wszelką wątpliwość zaszła już po tym jak wróciliśmy do domu. W trakcie podróży mogliśmy czuć zachwyt, ale dopiero po niej zorientowaliśmy się jak ważne były dla nas te miejsca (czy też zdarzenia).
Czasoprzestrzeń podróży jest więc zawsze konstruktem myślowym podróżnika który wrócił do domu. Sumą jego doświadczeń i wspomnień.

Koniec

***

Więcej zdjęć Eliego – a właściwie wszystkie z tego okresu, które zdecydował się udostępnić, można znaleźć tutaj

Dzień dobry, świecie!

luty 1, 2009 - Leave a Response

Cóż, nosiłam się z zamiarem zrobienia tego od ładnych… Czterech lat chyba, bo cztery lata temu zaczęły się nasze – przynajmniej moje i Kasi – wakacyjne podróże. Oczywiście, jak wszyscy wiemy, droga od noszenia się z zamiarem do wykonania zamiaru, mimo, że zwykle nie taka znowu długa, jest drogą w którą ciężko się wybrać. Właściwie, żeby się w nią wybrać należy dostać takiego czy innego kopa.

Mój kop nazywał się sesja, i wcale nie dlatego, że – jak wszyscy normalni studenci – w jej czasie zajmuję się wszystkim tym, czym nie zajęłam się przez ostatnie pięć lat a chciałam, a przynajmniej nie tylko dlatego. Po prostu musiałam napisać pracę na zajęcia i z różnych względów postanowiłam ją napisać o wyprawie. A że antropolodzy lubią a nawet muszą podpierać się własnymi doświadczeniami, sięgnęłam do naszej bieszczadzkiej przygody.

Pani magister powiedziała, że wszystko super, ale jest tam za mało antropologii, więc pomyślałam, że skoro tak to może nie umrzecie z nudów, czytając toto. Nie jest to w żadnym wypadku relacja aninawet wspomnienie, ale pomyślałam sobie, że na otwarcie działalności może być niezłe.

Myślę sobie natomiast, że łyso byłoby gdyby tylko jedno z nas spisywało swoje wrażenia. Znaczy, nie zrozumcie mnie źle, ja z dziką rozkoszą, jak zwykle, wszystko napiszę, ale w końcu nie byłam sama. Jeżeli więc będziecie mieli ochotę się włączyć – gdzieś tu jest opcja z większą ilością autorów blogaska.

A teraz zakańczam pierwszą notencję i zabieram się do wklejania drugiej. ;-)

O mamo, zapomniałabym. Cudowny obrazek w nagłówku jest autorstwa Arthura Rackhama, w którym się dziś zakochałam. Z moich informacji (ale nie zgłębiałam sprawy jakoś bardzo szczegółowo) wynika, iż był głównie ilustratorem. Obrazek pochodzi ze strony http://www.rackham.artpassions.net/. Mogłabym tam siedzieć godzinami.